Tagi
RSS
piątek, 18 maja 2012
piątek, piąteczek, piątunio

Jak pięknie po długim pochmurnym tygodniu zagląda dzisiaj przez okno słońce. Dyski sieciowe padły, nie ma dostępu do większości danych i nagle jakoś tak we wszystkich w około mniejsze ciśnienie, jakaś większa cisza i spokój. Całkiem przyjemnie :) mam tylko nadzieję, że nie jest to cisza przed burzą ;)

A w domu po ubiegłotygodniowej zawierusze spokój i takie wszechobecne poczucie, że jest dobrze. W poniedziałek wpłaciłam zadatek i podpisałam umowę przedwstępna kupna działki, która podoba sie nam wszystkim i tak szybko jak to tylko będzie możliwe ruszamy z budową.

 

http://www.mgprojekt.com.pl/julka

I już się nie mogę doczekać. Od frontu widok na bocianie gniazdo, w którym dorastają młode a od tyłu, z naszej sypialni na rzekę, łąki i drzewa. I tego mi trzeba. Wizja tego domu napędza mnie do działania i życia. Ciągle bywa rożnie, raz lepiej raz gorzej, ale coraz więcej jest we mnie pewności, wiary i zaufania

środa, 09 maja 2012
środa po prostu

Wczoraj uznanie z rąk zarządu, dzisiaj od rana jakaś niezliczona ilość maili i wszystkie do zrobienia na wczoraj.

Mała kłótnia i wielkie urazy aż po nocny powrót do domu i nierozmawianie ze sobą.

Nadzieje - nie wiadomo do spełnienia czy utracenia?

Moj świat bez Ciebie jest taki skomplikowany i trudny :(

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Jak pięknie zrobiło się na świecie w ciągu ostatniego tygodnia :) Pięknie! Moje życie postanowiło się chyba zsynchronizować z otoczeniem i w ciągu jednej tylko soboty odnalazły się zaginione opony letnie do auta, ludzie zainteresowani kupnem domu w Rumi zaakceptowali moją cenę i zdecydowali się na zakup, wybraliśmy działkę pod nowy dom pod Warszawą. Jestem taka podniecona tą otwierającą się powoli przede mną perspektywą, że znowu wraca mi chęć do życia. Znowu planuję przyszłość i tym bardziej, tym boleśniej zdaję sobie sprawę w jakim koszmarnym stanie znajdowałam się jesienią ubiegłego roku.

A życie tak bezwzględnie toczy się dalej, nie przystaje nawet na chwilę, nawet kiedy komuś tak jak mnie te 7 miesięcy temu zawalił sie świat, ono po prostu trwa i trwa, i trwa, niezmiennie.

Piękne to i straszne zarazem. Piękne bo daje nowe możliwości, nowe perspektywy, nowe doznania, nowe radości i nowe nadzieje. Straszne, bo okazuje się, że (choć wydawało mi sie to niemożliwe) mogę i umiem żyć bez mojego ukochanego męża... Ciągle jeszcze kiedy sie nad tym zatrzymam na chwilę wydaje mi się to naprawdę okrutne, ale potem widzę radość na twarzy mojego dziecka, które wpatrzone jest w C. jak w obrazek, a potem słyszę jak prosi „C. opowiedz jeszcze jakąś historie, twoje historie są takie ciekawe", a potem mały szepcze mi do ucha, juz właściwie usypiając "nie chcę nigdy stracić Ciebie i C.", "dobrze, że jest C. - juz nie jesteśmy sami", a potem widzę ile życia, planów i pomysłów jest w C. i jak energia, która z tego płynie udziela sie mnie i małemu. Tak właśnie powinna wyglądać rodzina. Powinna snuć plany na przyszłość i czerpać, czerpać, czerpać z siły, która powstaje naprawdę wtedy kiedy jest szczęśliwy komplet.

 

piątek, 27 kwietnia 2012
radośnie :)

Jakoś tak dzisiaj już właściwie weekendowo. Dyrektorki nie ma, w perspektywie długi weekend (choć właściwie nie wiem dlaczego to się weekend nazywa kiedy mowa o całym tygodniu) więc jakoś tak w koło wesoło i wyluzowano :) Mnie osobiście dodatkowo w fantastyczny nastrój wprawia perspektywa dzisiejszego wieczoru w towarzystwie ludzi z poprzedniej firmy, których towarzystwo uwielbiam po prostu, z odrobiną alkoholu i niewyszukanych żartów jak ich znam :) no i przede wszystkim jestem szczęśliwie zakochana :)

 Wszystko się jakoś tak, po trochę trudnym i skomplikowanym początku, poukładało. Jest dobrze, jest naprawdę dobrze. Ciągle bywa mi smutno i trudno, ciągle jeszcze zdarza mi się płakać, ale patrzę już do przodu, myślę o przyszłości, zaczynam mieć marzenia i te marzenia dotyczą mojego nowego życia, takiego jakie ono jest teraz.

Tym poczuciem szczęścia napawają mnie te wszystkie małe codzienne gesty, które są najpiękniejszym dowodem miłości. Nie sztuka kupić kwiaty albo wykonywać jakieś spektakularne gesty. Sztuka zajmować się z czułością nie własnym biologicznie dzieckiem, robić mu codziennie śniadania, kanapki do szkoły, odprowadzać go do szkoły, prowadzić z nim "poważne męskie" rozmowy ;), urządzać wojny na poduszki i szaleć do utraty tchu, ale być stanowczym kiedy wymaga tego sytuacja, parzyć kawę swojej kobiecie nawet kiedy idzie się akurat na badania wcześnie rano, z powodu których trzeba być na czczo, nawet bez kawy, dostosować swój plan dnia tak aby kobieta, którą się kocha mogła pójść na spotkanie z ludźmi, których sie nie zna, ale jej na tym bardzo zależy, tulić w ramionach kiedy jej smutno, słuchać kiedy mówi o zmarłym mężu i czasem jeszcze popłynie jej jakaś zabłąkana łza, szeptać o miłości na uch i cudownie przytulać przy każdej okazji.

To jest sztuka!

Ja odwdzięczam się jak umiem. I tak udaje się nam budować małymi krokami coś - wierzę naprawdę  pięknego.

Chyba jestem szczęściarą :) w każdym razie tak zamierzam o tym myśleć!

wtorek, 24 kwietnia 2012
odpuściłam sobie :)

Po koszmarnym tygodniu, pod ogromnym ciśnieniem, głownie w pracy, ale i z przejściami w domu, z fiksującym organizmem protestującym przeciwko takiej dawce stresu, w postaci koszmarnego bólu głowy, bóli zamostkowych i innych, jakie tylko mu przyszły do głowy przydarzył się cudowny weekend, z wycieczką po morzu i piękną słoneczną pogodą. Na szczęście, bo już „wariowałam”. Słońce, UV ma na mnie absolutnie zbawienny wpływ. Reaguję na nie jak kot :) wystawiam się do słońca i wygrzewam. Czuję w tedy jak chemia w moim organizmie zmienia się i po żyłach zaczynają mi krążyć endorfiny :)  

 A dzisiaj zwyczajnie sobie odpuściłam. Dyrektorka na całodziennym spotkaniu więc nas nie dręczy a ja próbuję się chociaż trochę odprężyć. Jutro pewnie poniosę tego konsekwencje, ale co tam? Jutro jest dopiero jutro :)

Od piątku natomiast udało mi się załatwić, albo nadać bieg kilku ważnym sprawom, które wisiały nade mną od bardzo albo mniej dawna co mnie wprawia w naprawdę dobry humor i daje energię do dalszego działania. W końcu po 7 miesiącach widać światełko w tunelu jeśli chodzi o załatwienie wszystkich tych koszmarnych spraw, które trzeba było załatwić po śmierci W.

Istnieje taka ciekawa zależność, polegająca na tym że kiedy jestem w dobrej formie i czuję, że „popycham” rzeczy do załatwienia do przodu, sprawia to, że mam jeszcze więcej energii i jeszcze więcej rzeczy udaje mi się załatwić i jestem w jeszcze lepszym nastroju. Jak dzisiaj. :) A kiedy dopada mnie spadek formy pojawia się jakby równia pochyła i jest co raz gorzej, aż do jakiegoś przesilenia. Od dłuższego czasu staram się zrozumieć jaki jest mechanizm pojawiania się tej takiej chandry, która pojawia się i już. Chciałabym nad tym zapanować. Nie jestem typem depresyjnym, daleka mi natura melancholika czy masochisty i nie cierpię kiedy jestem w takim stania zapadania się do środka :( To jest bardzo destrukcyjny stan i to zarówno dla mnie jak i mojego otoczenia – okropność. Niestety jeszcze mi się nie udało :(, ale nie ustaję w wysiłkach. Może kiedyś rozwikłam ta zagadkę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15